Trzydzieści plus (I)

Trzydzieści plus (I)

Rozdział pierwszy

Żyła 30 lat. Nikogo nie kochała. Samotny wilk.

Tak, zdaniem Majki, brzmiałby napis na jej grobie, gdyby nagle umarła. Sądziła, że nie zależy na niej nikomu. Może poza rodzicami, ale ich naturalnym odruchem, jest miłość do dzieci. Nie mieli na to wpływu, więc i nie o takiej miłości, myślała tego czarnego dnia, Maja.
Miała ochotę umrzeć, a właściwie strzelić sobie w łeb, ale zacznijmy jej opowieść od początku.

Maja mogła się poszczycić posiadaniem względnie ciekawej pracy, dzięki której dane jej było pozwolić sobie na w miarę wygodne życie. Opłacenie mieszkania, jedzenia, fryzjera, oraz kosmetyczki i zawsze jeszcze coś udało się odłożyć na zagraniczne wakacje. Nie było łatwo być singielką. Niezamężna, bez rodziny na utrzymaniu, miała kłopot nawet z zaciągnięciem kredytu. Gdyby chociaż była rozwódką, inaczej patrzono by na jej CV.
Wychowana w wielodzietnej rodzinie, otrzymała gruntowne wykształcenie. Magister w papierach, brak narzeczonego na stanie i w planach – tak o sobie myślała.

Nie znosiła dzieci i wcale tego nie ukrywała. Rozwrzeszczani mali ludzie brzydzili ją od zawsze. Odwracała wzrok od obsmarkanych  twarzy, drących się wniebogłosy, bo czegoś chcą, choć tak naprawdę nie mogły mieć jeszcze tak rozwiniętej świadomości. Zazwyczaj chodziło o coś przyziemnego, jak jedzenie i nie raz dziwiła ją obserwacja podobnego zjawiska w sklepie, czy restauracji. Faktem jest, że zaczęła unikać miejsc, w których zmęczone i zaniedbane zazwyczaj matki robiły zakupy, użerając się z uciekającym jej maluchem. Zgrzane i spocone, lub zestresowane i nerwowe, za każdym razem pragnące zejść ludziom z oczu, uciec poza zasięg ciekawskich spojrzeń.

Nie jej pisane było bycie matką i wiedziała o tym od zawsze. Nigdy nie poczuła ukłucia tego osławionego instynktu macierzyńskiego, nie zaczęła ślinić się na widok wózka z niemowlęciem. Nie raz zastanawiała się, co by było, gdyby miała swoje własne dziecko. Może wtedy poczułaby coś głębszego? Jednego była absolutnie pewna – nie chciała stać się matką i uważała, że nie nadaje się na nią. Tak zwyczajnie i wbrew regułom, była całkowicie inna, niż reszta rodziny.
Dwie siostry, obie zamężne i spełniające się w byciu matkami i żonami. Rozumiała to, nigdy nie zakpiła z żadnej i tylko uciekała z miejsc, w których te spotykały się. Choroby dziecięce, omawianie kolejnych etapów rozwoju fizycznego i psychicznego dziatwy, odżywianie i usypianie, były tematami, które całkowicie pochłaniały je przy każdym spotkaniu. Majka uciekała z miejsca ich pogaduch, byle zejść z linii strzału, gdzie amunicją były opisy rzadkich kupek, wzdęć i cudnych przepisów kulinarnych, składających się z rozgotowanych warzyw i królików z ekologicznych gospodarstw. Majka przyjmowała możliwość, że można kochać bycie rodzicem, obsługiwanie męża, dbanie o domek z ogródkiem i realizować się w polowaniu na zdrową żywność, a nawet zrobić z tego swoją osobistą religię. Podziwiała takie kobiety za cierpliwość do swojej rodziny, bo dzięki nim rasa ludzka istniała.
Zdawała sobie jednak sprawę z faktu, że żyją na świecie też ludzie, jak ona – niestworzeni do egzystowania w stadzie. Majka najlepiej czuła się sama z sobą. Może jeszcze z kwiatami, które były jej hobby. Wyhodowanie rośliny od ziarenka fascynowało ją, toteż każdy z parapetów w mieszkaniu pokryła doniczkami. Tak właściwie to te parapety, ich szerokość i nasłonecznienie, były głównym atutem mieszkania i to dla tego je kupiła. Bliskość parku, była kolejnym ważnym plusem i to z myślą o Jajniku – starym, bezzębnym już psie, z odzysku. Z bielmem na oku, przerośniętymi pazurami na końcu krótkich, powykrzywianych łapek i z lekko łysiejącym karkiem, był najbrzydszym, a przez to i najsłodszym psem pod słońcem. Inteligentny, zrównoważony, z mnóstwem nawyków, jak przystało na jedenastoletniego psiego seniora.

– Zośka. – Majka warknęła w telefon. – Muszę się z kimś schlać. Oblać moją trzydziestkę i opłakać byłą pracę.
– Straciłaś pracę?! – Od lat nie bawiły się w uprzejmości i od pierwszego słowa przechodziły do rzeczy. – Sprzedam Majtka mamie i przyjadę do ciebie. Coś przywieźć?
– Siebie i wódkę. Jedzenie zamówię.
– To do wieczora. – I rozłączyła się.
– Wszystkiego najlepszego! – Zośka ucałowała ją, celując w oko. Już po pierwszym drinku zaczynał plątać się jej język. – Jak mogli wyrzucić akurat ciebie?

Kolejną szklaneczkę Majka rozrzedziła sokiem, zmniejszając ilość alkoholu. Wiedziała, że jeśli chce wygadać się przyjaciółce, to musi uważać, by ta zbyt szybko nie piła. W przeciwnym razie, za godzinę, będzie jej trzymała włosy, by te nie umoczyły się w toalecie.

– Zapytałam o to i powiem ci, że uważałam swojego byłego szefa, za bardziej inteligentnego człowieka. Umotywował zwolnienie mnie tym, że nie mam rodziny, kredytów, więc wyrządzi mi tym mniejsze zło.
– A ten nowy? – Zośka poderwała się, zaczęła przechadzać po pokoju.

Jajnik uniósł łeb, spojrzał na nią, po czym z sapnięciem opadł z powrotem na kanapę.

– A ten nowy jest synem jego kolegi, więc sama rozumiesz.

Do swojej szklaneczki, Majka dolała kolejną porcję wódki. Miała mocną głowę i od zawsze potrafiła przepić wszystkie swoje koleżanki, a i niejednego mężczyznę.

– No tak. – Zośka usiadła, sięgnęła po szklankę. – Krowę ofiarną z ciebie zrobił.
– Coś w tym rodzaju – mruknęła, starając się wymacać, wibrujący w torebce telefon. – Ki czort o tej porze? – Zamarła z aparatem w wyciągniętej dłoni. Dzwoniła mama, więc musiało się coś stać. Kto jak kto, ale ona jedna trzymała się zasady, nie niepokojenia ludzi po dwudziestej. Cała masa czarnych myśli przemknęła przez głowę Majki, włącznie ze śmiercią taty. Przeciągnęła ikonkę zielonej słuchawki palcem i uniosła aparat do ucha. – Halo.
– Witaj, Maju. – Już po tonie powitania wyczuwała, że coś jest nie tak. – Wpadniesz do nas jutro?
– A co się stało? – Niepokoiło ją to, że matka nie odpowiedziała na pytanie, nie naświetliła sprawy choć odrobinę od razu, przez telefon.
– Nic takiego, wszyscy zdrowi. – Wyglądało na to, że nic z niej nie wyciągnie. – Bądź rano, a teraz baw się dobrze i dobranoc. Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin – dodała, po czym przerwała połączenie.
– Kurwa mać! – Majka rzuciła telefon na kanapę, patrząc na aparat ze wstrętem. – Ciekawe, jaki news przekażą mi oni. Może mnie wydziedziczają, jako wyrzutka społeczeństwa i przez bezużyteczność, bo nie chcę przedłużać ciągłości rodu?
– Co ty pierniczysz? – Zośka ze śmiechem machnęła ręką, rozlewając przy okazji część zawartości szklanki. Zalała przód bluzki, ale była zbytnio zaaferowana okazywaniem entuzjazmu i wstawiona, by zwracać uwagę na takie szczegóły. – Zawsze możesz się przydać jako pielęgniarka, gdy już będą przykuci do wózków inwalidzkich.
– Dzięki, idiotko. – Ze stęknięciem sięgnęła po telefon. – Właśnie takich słów pocieszenia mi było trzeba. Opieka nad kilkudziesięciokilogramowymi dziećmi, stojącymi jedną nogą w grobie. To jaką pizzę chcesz? – Wolała zmienić temat widząc, że Zośka odebrała jej słowa, jako komplement. –Zamówię teraz, póki umiem artykułować nasze potrzeby.

W nocy, w przeciwieństwie do Zośki i mimo wiadra wypitego alkoholu, odpoczywała fatalnie. Zazwyczaj, po wypiciu kilku drinków spała, niczym dziecko. Tego wieczora osuszyła ponad pół litra wysokoprocentowego trunku, a mimo to usypiała przez ponad dwie godziny, przewracając się z boku na bok. Gdy wreszcie zmógł ją sen, zaczęła śnić koszmar. Nie do końca nieprzyjemny, bo było w nim mnóstwo seksu, dusznych oddechów, a nawet orgazm, który obudził Majkę z płytkiego snu. Z tyłu głowy czuła jednak, że ten seks nie prowadził ku niczemu dobremu. Dokładnie pamiętała oszalały pożądaniem wzrok i gniewne pomruki mężczyzny, gwałtownie poruszającego się w niej, unieruchamiającego jej głowę dłońmi, zaglądającego w oczy. Mówił coś w obcym języku, ale nie rozumiała słów. Krzyknął szczytując, chwilę później obudziła się.
Obawiała się ponownego uśnięcia, lecz w końcu przegrała ze zmęczeniem umysłu. Nie śniło jej się już nic.
Rano kac gigant wbił ją w miękki materac. Gdy tylko unosiła głowę nad poduszkę czuła się, jakby ktoś założył jej zbyt ciasny hełm, w dodatku o wadze słonia. Alkohol wchłaniała bezproblemowo, ale z utylizacją szkodliwych substancji, szło jej organizmowi o wiele gorzej.
Po pół godzinie trwania w bezruchu, z językiem przyklejonym do skacowanego podniebienia, zmusiła ciało do siadu, a w końcu do wstania. Powlokła się do kuchni wiedząc, że tam znajdzie lek na swoją słabość. Do dwóch wysokich szklanek nalała wodę z ogórków kiszonych uważając, by warzywo nie wpadło do szklanki. Wycisnęła sok z trzech cytryn i wlała go do kiszonki. Zamieszała i wmawiając sobie, że pije pyszny nektar, wychyliła szklanicę, pochłaniając kwas w kilku łykach. Odstawiła puste naczynie, beknęła donośnie doceniając fakt, że bez skrępowania może zrobić coś tak obleśnego.
Znała scenariusz najbliższej pół godziny. Obudzi Zośkę, a ta będzie się wzbraniać przed wypiciem mikstury, odgrażając się puszczeniem na nią pawia. W końcu jednak skapituluje, wypije i poczuje się o niebo lepiej. Później będzie jej dziękować, a w końcu włączy panikę. Jak zwykle, bo przecież musi utrzymać się w foremce pod tytułem „matka idealna”. Dzień wcześniej zaszalała, więc wyznaczy sobie za to pokutę. Będzie gotowała pięć obiadów równocześnie, w międzyczasie zrobi zakupy, pranie i loda mężowi. Wieczorem padnie na pysk, z poczuciem wypełnionego obowiązku.
Patrząc na Zośkę, Maja utwierdzała się w przekonaniu, że nie potrzebuje stałego związku. Seks lubiła i potrafiła dochować wierność samcowi, z którym w danym czasie tworzyła parę. Niestety, mężczyźni nie czuli się zaspokojeni, mając jedynie ostre rżnięcie w jej wykonaniu. Potrzebowali całej masy dodatkowych stymulatorów. Posiłki podane pod nos, posprzątanie przestrzeni wokół nich, a do kompletu zaokrąglający się brzuch, w nim potomek. Tego dać im nie mogła, bo zwyczajnie nie chciała. Dawniej uważała mężczyzn za inteligentne istoty, które wiedzą, jak siebie oporządzić. Ten mit w głowie Majki padł tuż po ukończeniu przez nią dwudziestego piątego roku życia. Wtedy to doszła do wniosku, że faceci są pasożytami. Zostali tak właśnie wychowani przez kobiety, będące ich matkami. Kolejne pokolenia kontynuowały nieszczęście, powielając schemat.
Majka trwała w postanowieniu bycia kobietą niezależną, ale bez feministycznych zapędów. Lubiła męskie towarzystwo i nie odmawiała tej części populacji prawa do bycia na świecie. Uważała po prostu, że żaden z nich nie był dotąd kompatybilny, nie nadał się na jej partnera.
Zauważyła prawidłowość, że im starsza była ona sama, tym mniej interesujących osobników płci męskiej pozostawało do jej dyspozycji.
Zaczęła rozważać opcje pozostania singielką na zawsze i myśl ta nie napawała jej przerażeniem.

Rozdział drugi

– Szybko się zjawiłaś. Jak nie ty.

Majka dałaby się pociąć, że jej rodzicielka czuła satysfakcję, wypowiadając powyższe. Od kiedy pamiętała, matka manipulowała wszystkimi członkami rodziny i robiła to perfekcyjnie. To przez nią Maja zapisała się na psychoterapię i od pół roku potrafiła już, przeciwstawić się tyranii matki. Siostry nadal pozostawały w jej mocy, ale tym nie zamierzała się przejmować.

– Ciekawskie ze mnie stworzenie. – Cieszyła się, że w drodze tutaj łyknęła dwie przeciwbólowe tabletki. One, wespół z wodą z ogórków, przynosił ciału ukojenie. – Nie chciałaś powiedzieć, w czym rzecz, przez telefon, to jestem. Słucham cię.

Opadła na wiklinowy fotel na tarasie. Miejsce to było oczkiem w głowie matki. Zapędy ogrodnicze odziedziczyła właśnie po niej. Wokół kipiała majowa zieleń, poprzetykana kolorami kwiatów. Nawet gdyby chciała, nie mogłaby nie docenić talentów rodzicielki w tym względzie. Taras mógł z powodzeniem startować w konkursie na najpiękniej przystrojone balkony i tarasy. Każdy detal roślinności, stylizowane meble i sprytnie umiejscowione oświetlenie, tworzyły kompletną, wygodną i zachwycającą całość. Efektu dopełniały bezgłośnie fruwające motyle i bzyczące bąki i pszczoły.

– Stała się rzecz zaskakująca i doprawdy nie potrafię pojąć, jak dochodzi do takich spraw. – Zaczęła na tyle zawile, że Majka miała już pewność, że matka cierpi obecnie na nadmiar czasu i zamierza go właśnie wypełnić, popisem talentów aktorskich. – Wczoraj po południu odebrałam połączenie i powiem ci, że w pierwszym momencie pomyślałam, że ktoś sobie ze mnie żarty stroi! – Wyrzuciła ramiona w górę, potrząsając włosami, niczym lew. Miało to tak w jej mniemaniu zapewne wyglądać, ale Mai skojarzyło się z gulgoczącym indykiem, w dodatku z przerzedzonym na głowie upierzeniem. – Zadzwoniłam do taty, on mnie uspokajał, ale i tak trzęsłam się z nerwów, niczym w febrze!

By podkreślić wzburzenie, rozcapierzyła palce, potrząsając dłońmi nad głową. Majka wiedziała, że ta robi to po to, by zabrzęczeć nadmiarem pierścionków i cienkimi kółkami bransoletek. Była wręcz pewna, że gdyby tylko mogła, jej matka chodziłaby z osobistą asystentką, która nosiłaby odtwarzacz różnych dźwięków, w ślad za nią i włączała poszczególne, w odpowiednim momencie. Teraz, byłyby to zapewne pioruny i wyjące duchy.

– Do rzeczy, mamo. – Nie dała się wciągnąć w przedstawienie. Tabletki przestawały działać, skronie zaczęły dudnić rytmem pompowanej przez serce krwi. – Kto i w jakim celu dzwonił, a najważniejsze, jaki to ma związek ze mną. Jakiś ma, bo byś mnie nie wzywała.

Anna spiorunowała ją wzrokiem, ściągając przy tym usta, w wyrazie dezaprobaty. Obróciła się bokiem, odwracając obrażoną twarz, przerywając kontakt wzrokowy. Majka powstrzymała westchnienie. Rozbawiła ją ta stałość w wykorzystywaniu starych, przeterminowanych już trików. Ciekawa była, kiedy matka zauważy w końcu, że powinna zmienić repertuar. Przynajmniej dla niej, reszta rodziny wciąż była pod jej władzą.

– Dzwonił adwokat rodziny. – Cienkie, narysowane kredką brwi uniosły się wysoko na czoło. – Skończyłaś właśnie trzydziesty rok życia, więc mocy nabiera zapis testamentu sprzed kilkudziesięciu lat. – Wyglądało na to, że postanowiła przejść wreszcie do konkretów. – Twoja prababka zostawiła spadek i tu zaskoczenie. – Odwróciła się gwałtownie do córki. – W całości przypada on tobie i to pod warunkiem, że zamieszkasz tam sama i wyremontujesz domek. – Podała jej wysoką szklankę z lemoniadą i za ten gest Majka poczuła wdzięczność. – Nie czarujmy się jednak, nie stać cię na to fizycznie. Gdybyś chociaż miała narzeczonego, mogłabyś udźwignąć taki ciężar. Twoje siostry o wiele lepiej wykorzystałyby potencjał tego domu. Nadmorska wioska, cisza w sam raz dla rodzin z dziećmi, nie samotnej kobiety.

Majka zacisnęła zęby, powstrzymując się przed wyjściem. Po wdzięczności nie pozostał nawet ślad. Wiedziała, że każdą jej reakcję matka wykorzystała, obracając przeciwko niej, z siebie samej robiąc ofiarę.

– Daj mi więc proszę, namiary na naszego adwokata. – Z naciskiem zaakcentowała słowo „naszego”. – Poznam szczegóły, pomyślę i zastanowię się, co z tym fantem zrobić.
– Tylko pamiętaj, że nie mamy sił i czasu, by się w to angażować. – Anna uniosła podbródek. – Ojciec ma już swoje lata, więc nie wymagaj od niego, by brał udział w twoich fanaberiach.
– Nie zamierzam was prosić o pomoc. – Majka była na skraju opanowania tym bardziej, że ból w skroniach dawał o sobie znać.  – Daj mi tylko numer i to wystarczy. Nigdy nie prosiłam was o nic i nawet studiując, sama remontowałam mieszkanie, które SAMA wychodziłam w urzędzie miasta. Dawno temu zrozumiałam, że to młodsze, rozpłodowe rodzeństwo może liczyć na pełne wsparcie, nie ja. Numer, poroszę. – Wyciągnęła z kieszeni telefon i zamarła z nim w ręku, w geście oczekiwania.

Nie patrzyła już na rodzicielkę, by nie zabijać jej wzrokiem. Najchętniej wykrzyczałaby jej całą swoją złość, ale z terapii wiedziała, że nie przyniesie to nic dobrego. Od zawsze dochodziło między nimi wyłącznie do spięć. Nie chciała o tym teraz myśleć, zbytnio dokuczał jej kac. Zapisała numer telefonu pod hasłem „zmiany”, po czym uśmiechając się krzywo, pożegnała z matką i z ulgą opuściła rodzinne pielesze.

Wieczorem, z kieliszkiem w ręku, siedziała w wannie, napawając się spokojem, słodyczą wina i zapachem lawendowej soli do kąpieli. Była po spotkaniu z miłą, starszą panią adwokat, która przekazała jej zapisy testamentu. Majka miała stać się właścicielem ziemi, w pobliżu rezerwatu przyrody. Posiadłość warta dwa miliony złotych obejmowała dworek okolony parkiem, o powierzchni ponad sześciu hektarów, oraz pięć hektarów folwarku i dziesięć ziemi ornej. Poza tym do dyspozycji Majki było konto w banku i szesnaście milionów euro na nim. Przeznaczone mogły być na remont, utrzymanie posiadłości i życie spadkobiercy, pod warunkiem spełnienia przez niego warunków, zapisanych w testamencie. Zasadniczy był taki, że Maja miała zamieszkać w dworku i ukończyć renowację w przeciągu trzech lat.
Zdjęcia, dołączone do testamentu przedstawiały coś tak egzotycznego architektonicznie, że Maja zaniemówiła patrząc na nie, nie potrafiąc nazwać swoich uczuć. Wydawało jej się to zbyt piękne i niemożliwe, by ona, zwykła kobieta, mogła stać się częścią czegoś tak bajkowego.

– Jeśli się pani zdecyduje i przeprowadzi do Babolina, nie musi się martwić o opłaty związane ze spadkiem, bo te, na życzenie świętej pamięci Róży Niesieckiej, zostaną w całości uregulowane z osobnego funduszu. – Adwokat widziała stan, w którym znalazła się Majka. Nie dziwiła się dziewczynie i podobną reakcję miała okazję oglądać po raz trzeci, w kilkudziesięcioletniej karierze adwokackiej. Po raz pierwszy jednak, ktoś nieświadomy posiadania bogatej rodziny, odziedziczył majątek o takiej wartości. – Warunki wykonania testamentu narzucają jedno – musi pani przeprowadzić się, porzucić pracę i rozstać z rodziną. Co pani na to?

Co Majka na to?
Po pierwsze utrata pracy, stała się nikłym problemem, a właściwie przestała nim być. Znajdowała się na wypowiedzeniu, które w całości pokrywał urlop. Nie interesowało ją ubezpieczenie, nie musiała myśleć o szukaniu pracy.
Wiedziała, że rodzina będzie na nią zła, w szczególności matka.
Przypadł oto Majce bonus od życia, o jakim marzy każdy. Nie jej siostrom, ale jej, najstarszej córce, w dodatku singielce. Postanowiła cieszyć się zrządzeniem losu i nie konsultując decyzji z nikim, przyjąć wyzwanie wyremontowania dworku, choć o budowlance nie miała zielonego pojęcia.

– Najlepsze w tym jest to, że przeprowadzę się od was w chuj daleko! – Krzyknęła w powietrze wiedząc, jak bezsensownie się zachowuje. – Dziękuję ci prababciu. Ratujesz mi życie. – Uniosła kieliszek ku sufitowi. – Za dobre decyzje i zmiany! Za ciebie!

Kieliszek pękł, kilkucentymetrowy kawałek szkła odprysnął, cicho spadł na pokrywającą wodę, pianę. Zatrzymał się na jej powierzchni, więc Majka bez trudu chwyciła go ostrożnie w palce. Odłożyła pusty kieliszek na półkę przy wannie, kawałek szkła wrzuciła do środka. Wina nie udało się uratować. Biała dotąd piana zabarwiła się szkarłatem, bąbelki pstrykały, unosząc woń lawendy, pomieszanej z zapachem wina.
U kogoś innego ten mały wypadek załączyłby może niepokój, ale nie u Majki. Ona planowała już co spakuje, co wyrzuci, jak zabezpieczy mieszkanie. Delikatne ukłucie smutku poczuła na myśl, że nie za rodziną będzie tęsknić, ale za przyjaciółką, Zośką. Patrząc na wszystko z drugiej strony musiała przyznać, że to za sprawą rodziny właśnie, miała skoczyć na głęboką wodę, zmieniając w swoim życiu praktycznie wszystko.
Nieznana prababka, o której istnieniu dziś się dowiedziała, zapisała posiadłość najstarszej z córek, kolejnego po sobie pokolenia. Matka Majki, a wcześniej jej babka, nie mogły jednak odziedziczyć spadku, bo po wojnie posiadłość przejęło państwo. Domostwo i przynależne mu zabudowania niszczały, nikt ich nie zamieszkiwał i tylko dbano o nie, konserwując na tyle, by nie rozsypały się budynki, a wnętrza zachowały w stanie, który pozwalał na odrestaurowanie ich. W latach dziewięćdziesiątych oddano go rodzinie i tylko Majka musiała ukończyć określony testamentem wiek. Skąd takie ustalenia u nieboszczki, tego pani adwokat nie potrafiła wyjaśnić. Majątek mogła przejąć wyłącznie córka, w momencie ukończenia trzydziestego roku życia. Gdyby Maja odrzuciła warunki, za trzy lata podobne wytyczne musiałaby spełnić młodsza siostra, Patrycja. Majka czuła się jednak, jakby złapała Pana Boga za nogi i nie zamierzała go puścić.

Przerzuciła udo nad brzegiem wanny i zachlapując łazienkę, oraz przedpokój wodą i przesiąkniętą winem pianą, na golasa powędrowała do kuchni. Wyjęła z szafki kieliszek, nalała doń wina do pełna i z uśmiechem na ustach wróciła do wanny. Po drodze wcisnęła jeszcze tylko odtwarzanie ulubionej płyty i otulona dźwiękami jazzu, wsunęła się z powrotem pod lawendowo – winną pianę.

[/platne]