Płomień (całość)

Płomień (całość)

 

Jeśli zakupisz poniższe opowiadanie w całości, możesz dostać je od nas również w wersji ebooka. W tym celu prosimy o kontakt na adres motylewnosie@gmail.com, w temacie wiadomości wpisz „pdf sprzedajtreści tytuł”, a w treści prześlij nam kod, który dostałeś po zakupie. Ebook zostanie wysłany w przeciągu 48h.

 

Od kiedy pamiętam, na samym skraju naszego osiedla, w ponurym domu otoczonym przez bujną roślinność mieszkał TEN mężczyzna.

My, dzieciaki, uwielbiałyśmy różnorakie opowieści o potworach, duchach i o samotniku, który już wtedy jawił nam się jako najgorszy koszmar.

Przybył do nas dziwnym statkiem, milczący i ponury. Po długiej naradzie Rada udzieliła mu pozwolenia na pozostanie w osadzie. Jedynej zresztą na tej dziwacznej planecie, która stała się naszym domem i nową ojczyzną.

Dopóki nie wybuchła wojna byliśmy bazą badawczą, mającą przygotować grunt pod kolonizację nowego miejsca. Potem wszystkie nasze cele przestały się liczyć. Musieliśmy przyzwyczaić się do myśli, że nie przybędzie kolejny transport z lekami czy sprzętem. Nasza ojczysta planeta przestała istnieć, a wraz z nią setki innych. Po całej ludzkości zostało zaledwie kilkanaście kolonii, rozproszonych w galaktyce, niemających ze sobą praktycznie żadnego kontaktu. Stary świat legł w gruzach. Do upadku doprowadziła go bratobójcza walka o władzę. Trzeba było budować wszystko od nowa, niemal od samych podstaw.

Z początku było tylko dwieście osób. Żadnych dzieci czy starców, wszyscy w sile wieku, z nielichym wykształceniem, przygotowani raczej do pracy naukowej niż walki o przetrwanie. Potem zaczęły rodzić się dzieci. Kiedy miałam jedenaście lat, było nas już nas znacznie więcej.

Wtedy też pojawił się nieznajomy. Znacznie później dowiedziałam się, że nie był sam. Trzech towarzyszy, którym nie udało się przeżyć, pochował na skraju nieprzebytej puszczy. Wśród nich była jego żona. Zamieszkał w jednym z pustych budynków, zbyt małym dla rodziny, ale wystarczającym dla niego samego. Odseparował się, odsunął, wszelkie kontakty z naszą małą społecznością ograniczając do minimum. Był żołnierzem, ponoć znakomitym pilotem, lecz tu i teraz jego umiejętności okazały się bezużyteczne. Mieliśmy tylko jeden, niewielkich rozmiarów statek, który służył kiedyś do patrolowania okolicy. A jego gwiezdny okręt doznał tak potężnej awarii, że już nigdy nie miał się wznieść w powietrze. Zwłaszcza bez zapasowych części, których i tak nie miał kto dostarczyć. Był więc skazany na nas, a my, chociaż niechętnie, przyjęliśmy go do swego grona. Prowadził życie samotnika, a pojawiał się wśród ludzi tak rzadko, że prawie o nim zapomnieliśmy. Tylko czasami, dzieciaki i młodzież zmyślali niestworzone, pełne grozy opowieści o przybyszu z innej galaktyki.

Pierwszy raz spotkałam go zupełnie przypadkowo. Miałam wtedy piętnaście lat. Uwielbiałam spacery w poszukiwaniu roślin o leczniczych właściwościach, bo chociaż na razie nie brakowało nam lekarstw, to na wszelki wypadek nie zaprzestano poznawania bogactw, które mogła nam zaoferować nasza nowa Ziemia. Wracając, spostrzegłam, że zbiera się na burzę. I to całkiem nielichą. Nie przeraziło mnie to, chociaż zaniepokoiło. Przyspieszyłam, a kiedy poczułam na twarzy pierwsze krople deszczu, zaczęłam biec. I wtedy potknęłam się o wystający ponad ziemię korzeń drzewa. Miałam pecha, bo upadek zaowocował zwichnięciem kostki. Cicho pojękując, w strugach ulewnego deszczu, posuwałam się powoli naprzód.

Nagle przystanęłam. Za wodną kurtyną dostrzegłam masywną sylwetkę mężczyzny. Szedł w moim kierunku. Przestraszona, cicho krzyknęłam, usiłując się wycofać i uciec. Na próżno. Dopadł mnie i bez słowa wziął na ręce. Spod kaptura naciągniętego na głowę, niewiele szczegółów dawało się zauważyć. Ogorzała twarz z bujnym zarostem. Kosmyki ciemnych włosów, czerń przeplatana srebrem. Oczy o ponurym wejrzeniu. Nie był potworem, jakim przedstawialiśmy go w swych opowieściach, ale nie był też podobny do nikogo, kogo dane mi było spotkać w przeciągu mego krótkiego życia. Drżąc i z zimna, i od nadmiaru emocji, przytuliłam się do muskularnej piersi, wsłuchałam w bicie serca. Czasami unosiłam głowę, sprawdzając czy na pewno idziemy do osady. I zadziwiło mnie, że bez problemu trafił prosto do mego domu. Postawił na progu i bez słowa, nie czekając na podziękowania, odszedł.

Później wiele razy próbowałam go obserwować. Na próżno, bo na wpół zrujnowany budynek, zatopiony w bujnej roślinności, wydawał się być niezamieszkany. Wokół panowała niczym niezmącona cisza i tylko raz udało mi się dostrzec cień gospodarza. Z czasem zjawiałam się coraz rzadziej. W końcu przestałam tam chodzić, chociaż nie zapomniałam o tajemniczym nieznajomym.

Okazało się, że on o mnie również.