Piernikowa magia (II)

Piernikowa magia (II)

 

To się rozgościłam. Fotel był wygodny, a otoczenie… Ech! Aby oderwać się chociaż na chwilę od tych wszystkich łakoci, zerknęłam w stronę twórcy tego wszystkiego, który krzątał się za ladą, przygotowując dla mnie herbatę. Zdjął okulary, wzrok miał skupiony, a ruchy precyzyjne i pewne. Zresztą nie tylko tym wzbudził mój podziw.

– Proszę! – Z dumą postawił przede mną dużą filiżankę ze złoconym rantem, pękatymi różyczkami wymalowanymi na kremowym tle i zawartością, która od razu przyjemnie połaskotała mój zmysł powonienia. Zaciągnęłam się nieprawdopodobnym aromatem, a potem impulsywnie zaproponowałam:

– Usiądziesz ze mną?

Nie uszło mej uwadze, że zawahał się przed odpowiedzią.

– Tak.

Cofnął się jeszcze po swój kubek, talerz z babeczkami, i zajął miejsce w drugim fotelu. Wyglądał na uradowanego moją propozycją. I lekko speszonego, jakby nie wypadało mu tak spoufalać się z klientem.

– Brakuje śniegu – westchnęłam, patrząc za okno i upijając łyczka. – Nie wiem co to jest, ale cudownie smakuje i pachnie. Powiedz mi czarodzieju, z jakiego świata do nas przybyłeś?

Roześmiał się. I rozluźnił.

– Cieszę się, że smakuje.

– To za mało powiedziane. Jest… – zrobiłam pauzę i wywróciłam oczyma. – Pewnie nektar podobnie smakował bogom.

– Bogowie to umięśnieni herosi, lubujący się w walce i wybornym winie – uśmiechnął się krzywo. – Raczej wzgardziliby korzenną herbatą z malinami i miodem.

– Aha! – ucieszyłam się. – Poznałam twój sekret.

– To żaden sekret. Jeśli chcesz, to dam ci przepis…

Popijając i przegryzając słodkościami, gawędziłam sobie z nim na całkiem banalne, a czasami i też bardziej poważne tematy. Jakbym go znała od zawsze. Śmialiśmy się z wspólnych dowcipów, sprzeczaliśmy o błahostki. Poznałam historię powstania piernikowego miasteczka i przepis, który pozwolił na wyczarowanie takich smakołyków. Najdziwniejsze wydało mi się to, że wyglądał na uradowanego, że może się nim z kimś podzielić. Czarne oczy błyszczały podnieceniem, wyraźnie się też ożywił. Szczupłe dłonie odrobinę nerwowo dotykały szorstkiej serwety na stole, gładziły ją, czasami wręcz pieściły. Przez moment gapiłam się na nie i wtedy przyszło mi do głowy coś niespodziewanego.

Ciekawe jak by to było, poczuć je na swoim ciele? Błądzące po skórze, wytyczające nowe szlaki, tak subtelnie i zdecydowanie jednocześnie. Zarumieniłam się, bo to nie były grzeczne myśli. Z rąk przeniosłam wzrok na twarz i wtedy Kamil niespodziewanie umilkł.

W jego ciemnych oczach jak w lustrze odbijało się zadane przeze mnie pytanie. Blade policzki lekko poróżowiały. Pochylił głowę, lecz zbyt późno, abym nie zdołała zauważyć tej samej ciekawości, która pewnie przed chwilą ukazała się w moich źrenicach.

– Strasznie późno się zrobiło – westchnęłam, zerkając na zegarek i starając się zmienić temat. – Ale w takim miejscu jak to, czas płynie zupełnie inaczej.

Wtedy podniósł głowę, a jego spojrzenie było tym razem czujne, nawet powiedziałbym, że ostre. Ta reakcja dziwiła, bo nie rozumiałam jej przyczyny. Lecz sekundę później Kamil się uśmiechnął, a ulotne wrażenie czegoś nieprzyjemnego, zniknęło.

– Może chcesz jeszcze herbaty?

– Nie, muszę iść. Jutro czeka mnie pobudka wczesnym rankiem i praca, nudna, bardzo zwyczajna praca – odparłam ze śmiechem, podnosząc się z wygodnego fotela. On również wstał, patrząc na mnie z półuśmiechem. – Ile płacę?

– Nic.

– Ale…

– Żadne ale. – Kamil właśnie pokazał, że potrafi być bardzo stanowczy. Ton jego głosu nie pozwalał na jakikolwiek sprzeciw. – I zapraszam jutro. Przygotuję coś specjalnego. Przyjdziesz?

Zaskoczyła mnie ta ledwo wyczuwalna, błagalna nutka pobrzmiewająca w tych słowach. Byłam już ubrana, z torebką na ramieniu, a jednak nagle poczułam żal, że muszę wyjść, zostawić to cudowne miejsce i tego fascynującego mężczyznę. Uniosłam głowę, patrząc z namysłem na zastygłego w bezruchu Kamila.

– Nauczyłbyś mnie piec takie cuda? – wskazałam na piernikowy świat. – Może nie dekorować, ale chociaż piec.

– Chciałabyś? – Szeroko się uśmiechnął, najwyraźniej zachwycony prośbą i bez jakiejkolwiek obawy, że będzie musiał zdradzić swój przepis.

– Pewnie że tak – odwzajemniłam ten uśmiech. – Jutro wpadnę tylko na herbatkę, ale sobotę mam wolną. Może wtedy?

– Mnie pasuje – zapewnił szybko. – Chcesz zabrać ze sobą coś na przekąskę?

– Ba! Pytanie! Oczywiście, że tak.

Błyskawicznie zapakował na małej, papierowej torebki, trochę pierników.

– Proszę.

Chwyciłam od niego paczuszkę i przez moment, przez bardzo króciutką chwilę, nasze palce się zetknęły. Zamarłam, ja i świat dookoła. To było coś niesamowitego, magia, której nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Ten dotyk, towarzystwo Kamila, połączone wonie czekolady, przypraw i wanilii, odurzyły mnie.

Za to chłód panujący na zewnątrz, błyskawicznie przywrócił utraconą równowagę. Pędziłam, skulona i drżąca, prawie że szczękając zębami z zimna. Na szczęście nie miałam daleko.

I kiedy w domu, ubrana już w piżamę, popijałam gorącą herbatę, zajadając się pierniczkami, czułam dziwną, buzującą w całym ciele radość. A zasnęłam z uśmiechem na ustach.