Piernikowa magia (IV)

Piernikowa magia (IV)

 

Trochę dziwnie było spotkać go nazajutrz i udawać, że nic się między nami nie wydarzyło. Lecz bardzo często łapałam ukradkowe, pełne mrocznych pragnień spojrzenie. Wiedziałam, że z tą randką i całą resztą wcale nie żartował, chociaż w świetle dnia, wśród obcych ludzi, zaczynałam powątpiewać w całą tą znajomość.

Kiedy wróciłam do domu, rozpakowałam się, wrzuciłam brudne rzeczy do pralki, a potem zamyślona usiadłam na parapecie, patrząc na padający za oknem śnieg. Zawsze zachwycał mnie taki widok, ale dziś po mojej głowie błądziły zupełnie inne myśli.

Była środa. Umówiłam się z Kamilem, że wpadnę zaraz po powrocie. Ale w świetle tego, co wydarzyło się pomiędzy mną a Robertem, może jednak nie powinnam? Sama już nie wiedziałam, co mam zrobić. Z drugiej strony te pierniki, słodkości…

Pójdę, zdecydowałam. Pójdę, chociażby po to, abym nie miała wrażenia straconej szansy. Będę jedynie uważała co mówię i robię, aby nie prowokować i nie podsycać w nim nadziei.

Ubrałam się szybko, musnęłam wargi błyszczykiem i już biegłam ulicą. Kiedy weszłam do środka, kiedy znów poczułam znajome zapachy i kiedy zobaczyłam rozjaśnioną twarz Kamila, zrozumiałam że jednak nie będzie łatwo.

– Jak wyjazd? – spytał, pomagając mi zdjąć kurtkę.

– W porządku – bąknęłam. – Jestem zmęczona, ale obiecałam…

– Poczekałbym – przerwał mi z wyrzutem. – Zrobię coś do picia, rozgość się.

Szybko zniknął na zapleczu. Krzątał się dobre pięć minut, ale efekt był oszałamiający. Gorąca czekolada pachniała cynamonem, pomarańczami, a wierzchu miała puszystą piankę, a smakowała!…

– Jak ty to robisz? – wyszeptałam, delektując się kolejnym łykiem.

– Dam ci przepis – uśmiechnął się. – To wcale nie jest takie trudne.

– Optymista – mruknęłam. – Moje umiejętności kończą się na herbacie z torebki.

Roześmiał się. Wyglądał przy tym tak cholernie pociągająco, iż poczułam autentyczny żal. Może faktycznie pozwoliłam Robertowi na zbyt wiele? Przecież tak naprawdę słabo go znałam, a nagły wybuch namiętności o niczym nie świadczył. Powinnam zaczekać, zrozumieć czego chciało nie tylko moje ciało, ale i serce. Powinnam…

– Przyjdziesz w sobotę? – spytał Kamil bacznie mi się przypatrując.

– Tak.

– Dość wcześnie wstaję, więc pora dnia nie gra roli.

– Będę przed południem – powiedziałam wzdychając. Zabrakło siły, aby zrezygnować z tego spotkania. To chyba ta piernikowa magia, pomyślałam z wisielczym humorem. Oby tylko nie zaczarowała mnie do tego stopnia, że kompletnie stracę rozum i popełnię jakieś głupstwo. Aby odepchnąć od siebie te niebezpieczne myśli, spytałam Kamila o coś zupełnie odmiennego.

– To dziwne, że tak mało u ciebie klientów – rozejrzałam się w zadumie. – Czy ci ludzie oczu nie mają? Zmysłu węchu? Smaku?!

– Zamówienia zbieram już we wrześniu – roześmiał się. – Jestem tylko ja. Nie mam żadnego pomocnika, więc nie mogę ich przyjąć zbyt wielu.

– To dlaczego kogoś nie zatrudnisz?

– Bo ja wiem – wzruszył ramionami, nagle poważniejąc. – Może dlatego, że robiąc to osobiście wkładam w moje wypieki serce i duszę?

– Ładnie powiedziane.

– Chyba rozumiesz?

– Chyba tak – dopiłam czekoladę. Potem zerknęłam na ekran komórki. – Co jest? Jak to tylko połączenia alarmowe? – spytałam zdezorientowana.

– Pokaż. – Kamil wstał i zerknął na trzymany telefon zza mojego ramienia. – Może to chwilowe? Pogoda paskudna, zerwał się wiatr, śnieg wciąż pada.

– Raczej nie. Ale ostatnio zleciał mi ze stołu i od tego momentu czasami szwankuje. – Schowałam aparat do kieszeni, a Kamil wyprostował się. Odwróciłam się, sięgając równocześnie po kurtkę i zaskoczył mnie wyraz jego twarzy. Wyglądał jakby nagle zwaliły się na niego troski i problemy całego świata. Lecz nie zapytałam, co mogłoby być powodem. Bałam się, że ja.

– Jak ja wytrzymam do soboty? – powiedziałam w zamian.

– Wytrzymasz. Ja też.

Tak spokojnie i tak dwuznacznie. Z odrobiną nieśmiałości i ogromną nadzieją. Moje serce właśnie rozdarto na dwie połówki, z których każda pragnęła innego mężczyzny.

– Lepiej już pójdę, bo naprawdę coraz mocniej pada – uśmiechnęłam się blado. A potem odważyłam na coś całkiem szalonego. Wspięłam się na palce i pocałowałam chłodny, szczupły policzek.

Kamil nawet nie drgnął.

– Do zobaczenia – pożegnał mnie głosem zmienionym pod wpływem emocji.

Wyszłam, zastanawiając się, czy aby nie dojrzałam w jego oczach łez. To byłoby niezwykłe. I pędziłam przez zaśnieżone ulice, czując jak w kieszeni kurtki wibruje moja komórka. Pewnie Robert, lecz tym razem nie miałam ochoty odebrać.

Tak, musiałam sobie to wszystko porządnie przemyśleć.