Piernikowa magia (V)

Piernikowa magia (V)

 

O poranku zrozumiałam, że popełniłam kolejne głupstwo. Zamiast ze spokojem rozważyć wszystkie za i przeciw, poszłam na żywioł i uprawiałam seks z kompletnie obcym człowiekiem. Owszem, od samego początku mi się podobał, od pierwszej chwili fascynował i pociągał, ale zamiast pogłębić naszą znajomość, poznać go bliżej, ja po prostu… Jęknęłam przeciągle, waląc głową w poduszkę i gryząc ją w bezsilnej złości.

Co mnie opętało? Zawsze taka rozsądna, powściągliwa, w przeciągu kilku dni, totalnie straciłam nad sobą panowanie. Nie miałam pojęcia, lecz czułam się z tym wszystkim wyjątkowo źle. Nie pomógł ani orzeźwiający prysznic, ani aromatyczna kawa. Nie mogłam się nawet porządnie napić, bo tuż przed południem do drzwi zapukali najbliżsi. A wieczorem wyczerpana padłam na łóżko i zasnęłam, jak tylko przymknęłam powieki.

Jednak problemy się nie poddały. Wróciły tuż o poranku i zaczęły mnie gnębić z podwójną siłą. Jeszcze nigdy nie szłam do pracy z taką niechęcią. Z niechęcią, bo tam czekał na mnie Robert i sama już nie wiedziałam, co powinnam mu powiedzieć. Że to koniec? Tak prosto z mostu, bez żadnej delikatności? Pewnie przeżyje, ale wyjdę na idiotkę. Najpierw namiętnie się z nim obściskuję, prawie że kocham, a potem odtrącam. Totalnie beznadziejne. Poza tym trochę mi było szkoda. No dobrze, takie dość duże trochę. To nie była łatwa decyzja, bo i Kamil, i Robert pociągali mnie każdy na swój sposób.

Usiadłam przy swoim biurku z duszą na ramieniu. Ręce mi drżały jak po całonocnej libacji, serce galopowało, jak po intensywnym wysiłku fizycznym. Każdy podejrzany dźwięk sprawiał, że podskakiwałam na swoim krześle i od razu zaczynałam obgryzać paznokcie. Po godzinie takich psychicznych cierpień zdecydowałam, że mam dosyć. Rzucam tę robotę, koniec, kropka. Zabieram moje drobiazgi i…

– Saran! – No i stało się. Chwila zamyślenia i tuż obok pojawił się Robert. Oparł dłońmi o blat biurka, pochylając z zamiarem pocałowania mnie. Zręcznie wykręciłam głowę, lekko się odsuwając.

– Musimy porozmawiać – wydusiłam z siebie. Cholera! Jaka szkoda, że to nie jego wybrałam. Naprawdę szkoda. Z drugiej strony, drań nie włożył zbyt wiele wysiłku, aby się ze mną skontaktować. Na samym początku wysłał smsa, potem kilka razy zadzwonił, ale jakby bez przekonania.

No i było coś jeszcze. Z Kamilem nie widziałam się zaledwie jeden dzień, a już za nim tęskniłam. Gdyby nie tłum ludzi w moim mieszkaniu oraz silne zmęczenie, gdy pozbyłam się tego tłumu, to bez namysłu pobiegłabym do niego już wczoraj. Tęskniłam za jego uśmiechem, za melancholijnym spojrzeniem czarnych oczu, za kojącą obecnością i za pocałunkami. Ta tęsknota spalała mnie od środka i nawet nie próbowałam z nią walczyć. Z Robertem nie widziałam się kilka dni i jedynie co czułam, to lekką irytację, że nie starał się ze mną skontaktować. To wiele mówiło o moich własnych pragnieniach.

– Kiepsko wyglądasz kochanie.

Kochanie? Zaklęłam w duchu. To się porobiło! Chociaż nie powiem, podobały mi się te słowa.

– Nieważne. Masz pięć minut?

– Pięć minut? Tylko tyle? – zażartował, lecz zaraz potem spoważniał. – Mam nawet całe pół godziny. Myślałem, że zaproszę cię na kawę albo lunch.

– Nie jestem głodna.

Spojrzał na mnie zaniepokojony.

– Mój gabinet?

– Może być twój gabinet – potaknęłam. Było mi wszystko jedno, czy zaczną o nas plotkować, czy nie. Po rozmowie z Robertem i tak będzie to mój ostatni dzień tutaj. O ile mnie zwolni w trybie natychmiastowym, czego w głębi duszy pragnęłam.

– To chodź – uczynił zachęcający gest. Na szczęście nie próbował mnie objąć. Jednak gdy tylko weszliśmy do środka i zamknęły się za nami drzwi, przycisnął mnie do nich, wtulając twarz w szyję.

– Stęskniłem się – wymruczał, szukając ustami moich warg. – Naprawdę przepraszam, ale…

– Mieliśmy porozmawiać – stanowczo go odepchnęłam. Zauważyłam zdziwienie w piwnych oczach, ale nie protestował. Wskazał tylko fotel, sam zajmując miejsce naprzeciwko.

– Pewnie jesteś wściekła o to, że tak mało dzwoniłem czy pisałem?

– Nie bardzo – skłamałam, splatając pod stołem palce. – Pewnie jakiś ważny kontrakt czy coś w tym stylu?

– Nie. To wersja oficjalna – uśmiechnął się blado i dopiero teraz dostrzegłam zmęczenie na jego twarzy, podpuchnięte oczy, przekrwione białka, spierzchnięte usta.

– A nieoficjalna? Brałeś w pośpiechu rozwód? – zażartowałam.

– Nie. Wspomniałem o żonach, prawda? Z pierwszą miałem syna.

– Miałeś?

– Zmarł kilka dni temu. To był ten pilny interes – przygryzł wargi, podczas gdy ja gapiłam się na niego zaskoczona. – Choroba genetyczna, nieuleczalna. Przez ostatnie trzy miesiące przebywał w hospicjum, już nieprzytomny. Gdybym nie ten wyjazd do Berlina, w ogóle bym się tutaj nie pojawił.

– Och! – powiedziałam tylko, a moje biedne sumienie, stało się czarne jak bezgwiezdna noc. Jak ja miałam w tej sytuacji oznajmić mu bezwzględnym tonem, że chcę się wycofać? Że chyba zakochałam się  w innym? No jak?!

– Chodź tu do mnie – poprosił szeptem i spojrzeniem. – Tylko ty mi zostałaś…

Dobił mnie ostatecznie. Więc wstałam, obeszłam biurko i usiadłam na jego kolanach. Wtulił się we mnie niczym stęsknione dziecko, całkiem inaczej niż przy każdym naszym zbliżeniu. Po prostu się wtulił. Czułam jak szybko i mocno bije jego serce, czułam gorący oddech i ręce, które mnie objęły. Spojrzałam w dół, na ciemne włosy. Pierwszy raz zauważyłam w nich pojedyncze nitki siwizny. Przeczesałam je palcami, mętnie myśląc, że chyba oszaleję.

– Dlaczego tylko ja? – spytałam w końcu.

– Rodzice umarli kilka lat temu, rodzeństwa nie mam, bliskiej rodziny również, a do najlepszego przyjaciela raczej nie będę się przytulał. – Sztuczną wesołością maskował zmęczenie i kiepski nastrój. Strasznie było mi go żal, więc postanowiłam w duchu, że przesunę odrobinę w czasie, to co zamierzałam przed chwilą oznajmić chłodnym tonem. Taką odrobinę. Jedyne na co się nie zgodzę, to jakąkolwiek intymność. Z tym koniec. Inaczej zagmatwam sobie życie jeszcze bardziej.

– Rozumiem że pozostałe dwie żony również nie wchodzą w rachubę?

– Raczej nie.

Umilkł. Zamknął oczy. Jego dłonie trwały w bezruchu, głowa spoczywała na mojej piersi, ale nic poza tym. Przez chwilę miałam nawet wrażenie, że zasnął.

– Nie śpię – wymruczał jakby usłyszał tę ostatnią myśl. – Po prostu jestem zmęczony. A ty pewnie wściekła?

– Ja nie…

– Daj spokój. Wiem, że jesteś. Ja bym był.

– Robert – zaczęłam z wahaniem. Uniósł głowę, otworzył oczy. Lekko się uśmiechnął.

– Tak?

– W zasadzie chciałam z tobą porozmawiać na zupełnie inny temat. Nie chodziło mi o twoje przeprosiny.

Momentalnie zesztywniał. Spojrzenie piwnych oczu nabrało czujności.

– Powinnaś się gniewać – powiedział cicho. Jego ramiona opadły i już mnie nie obejmował. Wstałam i zajęłam miejsce naprzeciwko. Tak czułam się pewniej, chociaż mimo to dławiło mnie poczucie winy.

– Chciałabym prosić cię o czas. I odejść z pracy.

– O czas? – W zadumie podrapał się po nieco zarośniętym podbródku. – I dlaczego chcesz odejść z pracy? Jutro znów wyjeżdżam, nie będziesz mnie zbyt często spotykać.

Gdybym była uczciwa, to powiedziałabym prawdę. Ale nie wypadało kopać leżącego. Dobrze, przyznaję, zabrakło mi odwagi i tyle. Stchórzyłam. Lecz Robert wyglądał tak, że nie mogłam rzucić mu tych kilku słów prosto w twarz. Nie dziś. Pojawiła się także myśl, że może źle robię tak szybko decydując się na Kamila. Jeden szybki numerek to zbyt kruchy fundament, aby budować na nim cały dom.

– Szkoda – westchnął. – Miałem nadzieję, że zaproszę cię na kolację, spędzimy razem przyjemny wieczór, może noc – uśmiechnął się blado przy ostatnich słowach.

– Wolałabym nie.

– Ten czas… To długo będzie?

– Zobaczymy.

– Zobaczymy… – Znów się zadumał. Pewnie zastanawiał się, czy moje postępowanie to kara za jego milczenie. Być może nawet doszedł do wniosku, że mu się należało. – Dobrze Saran, obiecuję, że nie będę nalegał. Zaczekam.

– Świetnie – wstałam z zamiarem jak najszybszego opuszczenia gabinetu, tego piętra i w ogóle całego budynku. Nie lubiłam kłamać, ale nie umiałam też być bezlitosną suką. Pozostała więc ucieczka. Odwróciłam się na pięcie i czmychnęłam, nie czekając na reakcję Roberta. Całe szczęcie nie próbował mnie zatrzymać, nie gonił. Dopadłam swojego biurka i trzęsącymi dłońmi w pośpiechu pozbierałam drobiazgi, aby wrzucić je do torebki.

– Saran! – Lekko poirytowany głos koleżanki za moimi plecami o mało co nie doprowadził mnie do zawału. – Co robisz? Idziesz do domu? – zmarszczyła brwi.

– Nie… Robię porządek – zełgałam na poczekaniu. – O co chodzi?

– Mam jeden tekst do przetłumaczenia na wczoraj.

– No dobrze, daj – wyciągnęłam rękę, a ona się roześmiała.

– Wysłałam ci na maila, głuptasie. Ale jeśli możesz, to wydrukuj i przynieś, od razu dołączę do dokumentów. Masz czas?

– Tak.

Tekst był koszmarnie długi, więc nie poradziłam sobie z nim tak szybko, jak bym chciała. Skończyłam, gdy nadeszła pora pójścia do domu. Wzięłam torebkę, płaszcz i plik kartek z tłumaczeniem, po czym zjechałam piętro niżej, zapukałam do drzwi i weszłam do środka, zanim usłyszałam odpowiedź.

– Gotowe – oznajmiłam beznamiętnym tonem, kładąc je na biurku. Zupełnie przypadkiem spojrzałam również na fotografie, które w nieładzie się tam walały. I zdrętwiałam.

– Co to jest? – spytałam w końcu drżącym głosem.

– Nasza nowa inwestycja – rzuciła koleżanka nieuważnym tonem. – Wybudujemy w tym miejscu nowoczesną kamienicę, trochę stylizowaną na dwudziestolecie międzywojenne.

– Tam? Przecież…

– Tak. Nie ma co ratować starego budynku, bo jest w fatalnym stanie. Lepiej wszystko wyburzyć i zacząć od nowa. Podobno szefowi trafiła się wyjątkowa okazja. Jak znam życie, ta „okazja” musiała nieźle kosztować.

Nic nie powiedziałam. Poznałam kamienicę ze zdjęcia. Przecież ostatnio bardzo często byłam gościem w lokalu, który mieścił się na parterze tego budynku. Poznałam, ale…