Jak pies z kotem (II)

Jak pies z kotem (II)

 

Bezlitosne światło poranka ukazało krajobraz po bitwie. Na dodatek część towarzystwa pochrapywała błogo, w różnych pozach rozwalona w salonie. W milczeniu pozbierałam wszystkie śmieci oraz naczynia, kurze i podłogę zostawiając na później. Przygotowałam też kawę dla siebie oraz śniadanie dla Adasia. Tych tutaj miałam w nosie. Młody ucieszył się, że może zjeść w pokoju, a ja pozwoliłam sobie na wysoce niepedagogiczny czyn, czyli włączyłam mu bajki w komputerze. Tym oto sposobem miałam go z głowy na najbliższe dwie godziny.

Gorzej przedstawiała się sprawa z jego starszym bratem, który półnagi, z kwaśną miną, kręcił się bezradnie po kuchni.

Kawy! – zażądał, gdy tylko się pojawiłam w zasięgu jego wzroku.

Cukier? Mleczko? Napluć? – spytałam uprzejmie.

Nie pyskuj, bo cię wywalę! – warknął, siadając przy jednym z dwóch wysokich taboretów, stojących przy kuchennej wyspie.

Pyskować to ja dopiero mogę zacząć.

Przygotowałam mu tę cholerną kawę i podstawiłam pod zakrzywiony nos. Właściwie nochal. Im dłużej przyglądałam się temu nadętemu bufonowi, tym częściej zastanawiałam się, w czym tkwił jego urok. Miał ciemne, prawie czarne oczy, włosy w tym samym odcieniu, a twarz pociągłą, o wyraźnie kwadratowej szczęce. Rysy dość nieregularne, ale harmonijne. Za to minę regularnie niezadowoloną. Ciało sportowca, apetycznie opalone, chociaż mieliśmy środek zimy. W szczegółach nic nadzwyczajnego, ale w całości prezentował się bardzo intrygująco. Do tego ta pewność siebie. Tak, laski na to lecą, pomyślałam kwaśno, bo jednocześnie przypomniał mi się Łukasz. Ciekawe, obraził się czy nie?

Śniadanie. Jajecznica z dwóch jajek na boczku. – Rozkazał rozwalając się przy blacie z miną udzielnego władcy.

Z twoich? Masz aż dwa? – zainteresowałam się łagodnie. – I nie ma sprawy, możesz ją zjeść na boczku. O, na przykład tam pod oknem jest całkiem przytulnie. Albo w kibelku.

Udawanie zabawnej ci nie wychodzi.

Nie jestem zabawna. Jestem ironicznie uszczypliwa.

Wzruszył ramionami, najwyraźniej tracąc ochotę na konwersację. Oczywiście przygotowałam mu tę parszywą jajecznicę, postawiłam obok pustej filiżanki po kawie i nie zasłużyłam nawet na zwykłe, ludzkie dziękuję.

Reszta śniadanie szykuje sobie sama – oznajmiłam, bo towarzystwo powoli wyłaniało się z odmętów nieświadomości.

Nie. Przygotuj kanapki. I wyjmij sok z lodówki.

Tego nie miałam w umowie.

– Zrobimy aneks. A teraz do roboty! – warknął, odsuwając pusty talerz. – Jak skończysz, to wyczyść sofę. Ktoś ją zarzygał. I zrób coś z toaletą, bo jest zapchana.

Z premedytacją obeszłam wyspę, po czym stanęłam oko w oko z młodym bogiem. Spojrzenie Meduzy to zbyt mało powiedziane. Aż dziw, że nie padł trupem na miejscu.

Nie! – To nie było słowo, a głuchy warkot wydobywający się z mojego ściśniętego gardła. Jakoś nie widziałam sensu, aby tłumaczyć mu, czego nie zrobię. Krótko i treściwie powinno wystarczyć. I chyba wystarczyło, bo Przemuś gwałtownie poczerwieniał.

Dobra – zgodził się niechętnie. – Do przetkania kogoś wezwiemy.

Bez słowa wskazałam problematyczną sofę. Poczerwieniał jeszcze bardziej, ale nadal miałam chyba mordercze spojrzenie, bo jednak skapitulował.

Okay, znajdę tego kto to zrobił i niech czyści. Ale kanapki przygotujesz?

Tak – westchnęłam, aż mi podwiało kilka kosmyków. Można nawet uznać, że uszła ze mnie para. – I kawę – zgodziłam się wspaniałomyślnie. – Sok możesz wyjąć sam. Obsługa lodówki chyba nie jest aż tak skomplikowana?

Jego połowiczna kapitulacja napełniła mnie satysfakcją. Nucą pod nosem piosenkę, którą właśnie grano w radiu, ustawiłam na talerzu istną piramidę kanapkową. Zresztą, większość i tak wolała wodę oraz kawę. Potem zostawiłam ich wszystkich, zajrzałam do Adasia, a na końcu szybko się ubrałam i poszłam na spacer.

Zima rozszalała się na całego. Wszędzie było biało. Gruba warstwa zalegała nawet na gałęziach bezlistnych drzew. Biało, mroźnie i spokojnie. No i nadal padało. Pięknie, pomyślałam, przyglądając się mijanym domom. Doszłam w końcu do niewielkiego jeziora, które z tej strony otaczał park, po czym przystanęłam, wpatrując się z zadumą w zamarzniętą taflę.

Ktoś niespodziewanie objął mnie od tyłu, szepcząc do ucha:

Niespodzianka!